Strona gwna
Krtka historia
O stowarzyszeniu
Nasze spotkania
Zjazdy i konferencje
Wzilimy udzia
Sprawiedliwi Wrd Narodw wiata
Program Edukacyjny
Nasi dobrodzieje i sponsorzy
Psychoterapia
Sowo pisane: my i o nas
Aktualnoci


Banner Wystawy Moi Żydowscy Rodzice Moi Polscy Rodzice


Wyszukiwarka
Do poniższego okna proszę wpisać poszukiwane słowo, po czym nacisnąć przycisk szukaj:



Leszek Leon Allerhand

Leszek Leon Allerhand
(urodzony w 1931 r.)


       Pochodzę z rodziny żydowskich inteligentów, w której dawały o sobie znać silne tendencje do asymilacji. Ojciec mój, Joachim, prowadził ze swym ojcem, a moim dziadkiem Maurycym, kancelarię adwokacką we Lwowie, przy ulicy Jagiellońskiej 20, pracując równocześnie w katedrze Prawa Cywilnego Uniwersytetu Jana Kazimierza na stanowisku profesora. Matka moja Zinaida Rubinstein była Rosjanką. Wraz z całą rodziną uciekła podczas rewolucji do Polski. W trakcie ucieczki zginęła część jej rodziny wraz z matką. Tutaj, w Polsce, utrzymywała się z lekcji gry na fortepianie.

       Byłem jedynakiem. Uczęszczałem do prywatnej żydowskiej szkoły, a po wkroczeniu do Lwowa wojsk radzieckich do szkoły powszechnej. Ojciec mój nie wykonywał już wówczas zawodu prawnika, pracował w fabryce zabawek. Matka zajmowała się domem. Nikt z rodziny nie udzielał się ani społecznie ani politycznie.

       Okupacja niemiecka zastała całą naszą rodzinę we Lwowie. Dla mnie zaczęła się dość radośnie. Raniutko nasza pokojówka Maryśka przyniosła walizę pełną cukierków i powiedziała, że w nocy Rosjanie uciekli - miasto Lwów jest puste, a sklepy porozbijane. Za parę dni wraz z ojcem pędzony już byłem z całą grupą złapanych Żydów w stronę tzw. "Brygidek" - więzienia pełnego trupów. Plac Kapitulny przechodziliśmy ,,na czworakach", później biegiem, później znów na kolanach. Przed samym budynkiem dostałem kopniaka w brzuch i kazano mi uciekać. Wokół nas tłum wrogi, odgrażający się nam, rzucający kamienie. Ojciec wrócił w nocy zbity, skrwawiony. Za kilka dni mego dziadka zabrano na Gestapo. Przyjechało dwóch oficerów samochodami i kazali mu się zbierać. Dziadek był osobą znaną, profesorem prawa, członkiem Trybunału Stanu - kiedyś tam dawno był szefem Gminy Żydowskiej. Niemcy zaproponowali mu przewodnictwo Rady Żydowskiej (Judenratu). Odmówił. Minęły dwa dni i Niemcy kazali nam natychmiast opuścić mieszkanie. Pakowaliśmy się w popłochu, biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Pozostała wielotysięczna biblioteka, obrazy, kryształy, brązy, dywany.

       Nasza rodzina rozdzieliła się. Dziadkowie zamieszkali osobno, a rodzice ze mną na ulicy Sobieskiego, w naszym drugim mieszkaniu. Naprzeciw budynku, w którym zamieszkaliśmy, była bóżnica. Podpalono ją niedługo. Niemcy kazali nam stać w oknach i patrzeć. Dziesiątki Żydów otaczało płonący budynek. Byłem bliski uduszenia. Po tym nastąpił względny spokój. W naszym nowym mieszkaniu zaczęli pojawiać się polscy znajomi. Wszyscy byli mili, grzeczni i wszyscy byli gotowi przechować resztki naszego dobytku. Rozdawaliśmy, cośmy mogli. Ja tymczasem goniłem po całym mieście bez opaski. Z grupą koleżków zbieraliśmy drzewo na opał, odkupywaliśmy od uprzywilejowanych biały chleb, sprzedawałem gazety. Całymi dniami byłem poza domem.

       Jesienią 1941 r. otrzymaliśmy nakaz udania się do getta. Pamiętam ten wielokilometrowy sznur załadowanych wózków, furmanek, które ciągnęli ludzie, bardzo rzadko z koniem, ludzką chmarę z tobołami na plecach, chorych niesionych na krzesłach, łóżkach. Im bliżej Zamarstynowa tłum stawał się coraz bardziej zbity. Oglądały nas tłumy przechodniów, nie pamiętam, aby ktoś wyciągnął do nas rękę. Były drwiny, uśmiechy, najczęściej milczenie. Zamieszkaliśmy na ulicy Zamarstynowskiej. Kilkanaście osób w jednym pokoju. Po dwie, trzy osoby w jednym łóżku, podłoga zaścielona legowiskami. Codzienne rozmowy o pracy, która dawała szansę przeżycia, walka o otrzymanie kolejnych pieczątek w tzw. "judenkartach", które pozwalały na dłuższy pobyt, ratowały przed "łapanką". Głód, kontrybucje, wszy, trupy. Nie mogłem usiedzieć w domu. Goniłem po ulicach, handlowałem, czym mogłem, jarzyny, kartofle, drewno, buraczana marmolada, chleb. Nie..., nie byłem szmuglerem, wszystko, co robiłem, odbywało się wewnątrz getta. Często przychodziłem posiniaczony, pokrwawiony - niejedna gumowa pałka mnie dosięgła. A w ogóle nie musiałem tego wszystkiego robić. Byliśmy jeszcze ludźmi bogatymi. Staraliśmy się prowadzić, jaki taki dom. Ale mnie smakowała buraczana marmolada, fasowana we wiadrach, gliniasty, ciemny chleb. Zakochałem się w dziewczynie z naszego piętra. Nazywała się Ania. Goniliśmy razem, a wieczorami siedzieliśmy na schodach i trzymaliśmy się za ręce. W sierpniu 1942 r. powiesili ją i całą jej rodzinę koło skarpy kolejowej. Podobno coś tam znaleźli w jej mieszkaniu. Płakałem długo. Miałem zaledwie dziesięć lat.

       Zaczęła się tzw. "akcja". Tłumy policji niemieckiej, ukraińskiej, polskiej, żydowskiej. Ojciec wepchnął mnie w kolumnę ustawiających się do pracy poza gettem. Matkę również. Nie mieliśmy żadnych dokumentów. Szliśmy w stronę jednej z bram getta, która znajdowała się pod kolejową skarpą. Tłum pchał mnie do przodu... i jakoś mnie przepchnięto. Matkę również. Matka i ja mieliśmy na szyi zawieszone pokaźne pakunki z naszą biżuterią, złotem i jeszcze czymś tam. Ojciec mój pracował w tartaku - dużym przedsiębiorstwie na ulicy Lenartowicza. Wprowadzono nas tam i schowano wśród pokaźnych stert desek. Mieliśmy trochę chleba, a deszczówką gasiliśmy pragnienie. Ojciec mimo umowy nie wracał. Zdecydowaliśmy się wyjść z kryjówki. Dowiedzieliśmy się, że ojca zabrała policja. Zostaliśmy sami. Bez pieniędzy, bez godnych zaufania znajomych, bez żadnej nadziei na jutro. Matka postanowiła wrócić na ulicę Sobieskiego, do domu, gdzie dawniej mieszkaliśmy, gdzie mieszkała też zaprzyjaźniona z nami pani J. F. Była to decyzja niebezpieczna, bowiem wszyscy nas tam znali, ale byliśmy bez wyjścia. Przyjęto nas bez entuzjazmu, ale serdecznie. Matkę umieszczono za szafą stojącą skośnie w rogu jednego z pokoi. Dla mnie znaleziono schowek w klozecie. Nad drzwiami do WC była duża wnęka, w której przechowywano balię do prania i różne szpargały. Wygospodarowano tam kawałek miejsca od strony ustępu, zamaskowano sprzętem gospodarczym..., no i siedziałem tam godzinami.

       Pewnego dnia zjawił się mój ociec. Padł ofiarą donosu i szantażu, zabrano nam cały majątek. Podczas konwoju do obozu Janowskiego i postoju na cmentarzu żydowskim ojcu udało się zbiec. Rodzice ustalili, że muszą się rozstać. Ojciec wyjechał do Jaworowa, gdzie przeżył okupację.

       Po kilkunastu dniach zdecydowaliśmy się opuścić mieszkanie. Było zbyt niebezpieczne. Aby jednak opisać następne miejsce naszego pobytu, muszę cofnąć się o kilkanaście lat wstecz. Jeden z członków naszej rodziny przyjął chrzest i ożenił się z młodą, ładną, spolszczoną Niemką. Później doszło do rozwodu. Od czasu do czasu utrzymywaliśmy z nimi kontakty. Matka postanowiła u niej szukać pomocy. Pani "M" - ciotka, jak ją nazywałem, mieszkała sama, była tzw. "reichsdeutschem" - przyjęła nas sympatycznie. Ustalono, że mnie nie można pokazywać, matka zaś musi na cały dzień opuszczać mieszkanie. Przedtem jeszcze próbowano zrobić ze mnie dziewczynkę. Włosy, brwi i rzęsy ufarbowano na czarno, przebrano mnie w sukienki, biust trochę wypchano. Efekty były fatalne. Byłem kredowo blady, do tego piegowaty. Czerń włosów podkreślała jeszcze moją bladość. Zapakowano mnie więc pod łóżko. Leżałem pod tym łóżkiem oblepiony śmierdzącymi pluskwami, które tłukłem, ile wlezie, leżałem sparaliżowany strachem, bezruchem, skręcając się z bólu brzucha, pęcherza. Często załatwiałem się pod siebie. W pokoju stale się coś działo. Widziałem różnego rodzaju buty: żołnierskie, oficerskie, jakieś leżące spodnie, fragmenty mundurów. Nade mną zaś łóżko wyprawiało przeróżne harce - wyginało się rytmicznie, skakało. Byłem przerażony. Do tego ta ciągła niemiecka mowa, której każde słowo przenosiło mnie ze strachu na tamten świat.

       Było to najbezpieczniejsze miejsce w całym kraju. Pod łóżkiem u niemieckiej kurwy.

       Pewnego dnia w mieszkaniu "ciotki" zjawiła się niemiecka kontrola sanitarna. Okazało się, że została podana jako kontakt choroby wenerycznej. Uciekliśmy ze strachem, nie wiedząc zresztą, gdzie i do kogo. Matka podczas swoich wędrówek zaprzyjaźniła się ze starszą panią mieszkającą przy kościele Karmelitów. Udaliśmy się do niej i zostaliśmy przyjęci. Po paru dniach moja matka zachorowała. Wezwany lekarz stwierdził tyfus, a za opłatą zgodził się nie zgłaszać tego władzom. Mnie rano chowano do szafy, mówiąc naszej gospodyni, że poszedłem do szkoły. Zbliżały się święta Wielkanocne, wszyscy chodzili do kościoła. Nasza gospodyni zabrała mnie na Mszę Św. Stałem w kościele w tłumie ludzi, zesztywniały ze strachu, automatycznie klękałem, wstawałem, mamrotałem modlitwy. Wydawało mi się, że wszyscy patrzą na mnie. Nagle kobiecy donośny głos zawołał: "Żyd jest w kościele!". Zrobiło się zamieszanie. Zacząłem przepychać się w stronę zakrystii. Topografię kościoła znałem bardzo dobrze. Wypadłem tylnym wejściem i uciekłem do naszego pokoiku. Zdecydowaliśmy się na ucieczkę. Towarzyszyła nam młoda, ukraińska dziewczyna - zaprzyjaźniona z nami sąsiadka. Na ulicy zawsze szliśmy osobno. Porozumiewaliśmy się umówionym gwizdem. Na ulicy matka zemdlała. Wniesiono ją do bramy - ja obserwowałem wszystko z daleka. Jakaś kobieta wzięła nas do swego mieszkania. Powiedzieliśmy jej, że przyjechaliśmy z Wołynia, skąd wysiedlano Polaków. Na mnie patrzono podejrzliwie, ale matka moja ze swoimi blond włosami, błękitnymi oczyma i lekko śpiewnym ruskim akcentem rozwiała wątpliwości. Po dwóch dniach musieliśmy opuścić nasze schronienie. Matka zdecydowała się pojechać do ojca, który jako stolarz pracował w tartaku oddalonym od Lwowa blisko siedemdziesiąt kilometrów. Ja miałem z Hanią, naszą ukraińską opiekunką, pojechać na wieś, do jej rodziców.

       Według metryki nazywałem się wówczas Bazyli Szczepański. Jechaliśmy pociągiem, później kilka kilometrów szliśmy piechotą. Znalazłem się w środku ukraińskiej wsi. Wszyscy mnie oglądali, szeptali coś. Siedziałem za stołem i jadłem makowiec z masłem i serem. Był wspaniały, ale trudno go było przełknąć. W nocy obudzono mnie. Izba pełna była chłopów. Hania płakała, a mnie kazano ściągnąć portki. Patrzono, patrzono - później kazano zmówić pacierz. Modlitwy znałem tak doskonale, że mogłem recytować je od tyłu. Ale ludzie nie byli przekonani. Hania zabrała mnie i ruszyliśmy przed siebie. Wędrowaliśmy wiosenną nocą, nad ranem doszliśmy do innej wsi. Ukryty zostałem w stodole z sianem. Leżałem tu przez trzy dni. Hania przychodziła wieczorem, przynosiła mi jedzenie. Kładła się obok mnie, pieściła, całowała po nogach. Cały czas szeptała po rusku "powiedz, powiedz, żeś ty nie jest Żyd". Zapewniałem ją solennie, że nie.

       Musieliśmy wracać do Lwowa. Z matką umówieni byliśmy na określony dzień i godzinę w zaułku koło Głównego Dworca. Czekałem wraz z Hanią, kochającą mnie opiekunką. Było wczesne popołudnie - wokół ludzie. Nagle usłyszałem okrzyk: "Żyd!". Wokół mnie zaczęła gromadzić się grupa wyrostków, zaczęto rzucać w nas kamieniami, słowo "Żyd" pojawiało się coraz częściej, głośniej. Nagle z tłumu wyłoniła się moja matka. Zaczęliśmy się wycofywać ze skweru, a banda chłopaków za nami. Dołączali się dorośli. Ktoś sprowadził ukraińskiego milicjanta, zjawił się niemiecki żołnierz - wartownik z pobliskiego posterunku. Prowadzono nas środkiem ulicy Pierackiego. Sytuacja była jasna - zmierzaliśmy w kierunku ulicy Janowskiej, a tam już wiadomo co. Obóz. Ludzie patrzyli na nas bez wzruszenia. Pamiętam ten wzrok aprobującej ciekawości. Grupa chłopaków otaczała nas, ale coraz mniejsza. Niemiecki wartownik wrócił na swoje stanowisko. Matka i Hania zaczęły prosić ukraińskich milicjantów, aby nas puścili. Wcisnęła im obrączkę ślubną, pierścionek i resztę pieniędzy. Hania włączyła się ze swoim ukraińskim życiorysem. Milicjanci byli niepewni. Byliśmy już tylko sami - niedaleko od obozu na ulicy Janowskiej. Przeważyła chyba Hania i jej wiarygodność. Nagle milicjanci zniknęli, a i my biegiem umknęliśmy między wagony pobliskich bocznic kolejowych. Uradziliśmy, że wracamy do naszego niedawnego mieszkania przy kościele Karmelitów, do naszej "babci". Zostaliśmy przyjęci. Opowiadaliśmy jakieś bujdy o świątecznym pobycie u rodziny, o sprawach, które mamy jeszcze pozałatwiać i jakoś to poszło. Te parędziesiąt minut, kiedy wraz z matką i Hanią szedłem przez ulice eskortowany do obozu wśród tłumów, krzyków i kamieni, pamiętałem wiele lat...

       Hania gdzieś się ulotniła, zostaliśmy sami. Aby uwiarygodnić nasze opowieści, wstawaliśmy skoro świt i opuszczaliśmy nasz pokoik. Nie mieliśmy gdzie pójść. Ulica była podejrzliwa i zdecydowanie wroga. Wybraliśmy cmentarz Łyczakowski. Tutaj raniutko staraliśmy się znaleźć jakiś zaniedbany grób, najczęściej na uboczu i porządkowaliśmy go solidnie. Przenosiliśmy się z miejsca na miejsce. Na szczęście cmentarz był bardzo rozległy. Znaleźliśmy grób z płytą, którą można było łatwo przesunąć. Wewnątrz było dość dużo miejsca. Ukradkiem nanieśliśmy tam masę gałęzi i liści. Właziłem tam, kiedy matka wychodziła do miasta. W grobowcu było bezpiecznie, spokojnie, wygodnie. Przestałem się bać. Było lato. Zdecydowaliśmy pozostać na cmentarzu kilka nocy, a w domu oświadczyć, że wyjeżdżamy do rodziny. Stawaliśmy się przez to bardziej wiarygodni dla naszych gospodarzy. Noce na cmentarzu były spokojne. Nie było duchów, strachów, trupów - tego wszystkiego, co prześladowało nas dotychczas. Mijały tygodnie. Wprawdzie wchodziliśmy na cmentarz różnymi bramami, ale kilkakrotnie zetknęliśmy się z tymi samymi osobami. Uznaliśmy to za niebezpieczne, i matka zdecydowała się zmienić naszą kryjówkę. Nie było to łatwe. Nie mieliśmy znajomych, brakowało pieniędzy. Mama odgrzebała w pamięci naszą dawną pokojówkę, która przed laty deklarowała się z pomocą. Nazywała się Ryśka, było zezowata i bardzo niechlujna. Ale to dawne czasy. Teraz była najpiękniejsza. Przyjęła nas i obiecała pomóc. Po pewnym czasie otrzymaliśmy adres osoby, która zdecydowała się nas wziąć do siebie. Nie było już żadnego udawania, wiadomo, kim jesteśmy i za ile.

       Parterowe mieszkanie - pokój z kuchnią, ulica Na Bajkach. Właścicielką okazała się dość sympatyczna krawcowa, wdowa, z piętnastoletnim synem Mietkiem. W mieszkaniu znajdowała się pracownia krawiecka. Co chwila ktoś wchodził, wychodził. Należało nas jeszcze dodatkowo ukryć. W pokoju stało ogromne małżeńskie łoże. Pełne pierzyn i poduszek, przykryte drewnianą ramą, która nadawała mu kształt. I właśnie tam, między tymi poduchami, zdecydowano się zrobić schowek. Leżeliśmy z matką zaścieleni w jednym łóżku, nieprzytomni z gorąca i zaduchu, zdrętwiali z bezruchu. Problem potrzeb fizjologicznych stał się bolesnym, niewyobrażalnym koszmarem. Miałem wyuczony sposób wstrzymywania się od swoich naturalnych potrzeb - ale często nie udawało się. Po kilku tygodniach ubłagaliśmy gospodynię, aby nas przeniesiono gdzieindziej. Niestety nie było gdzie. Pokój był mały, zagracony. Zdecydowano, że będziemy leżeli pod łóżkiem. Nawet się z tego ucieszyłem, miałem już wprawę. Właziliśmy pod łóżko, zasuwaliśmy kufry i walizy, tworzyła się mała wnęka z nocniczkiem i poduszką. Można było oddychać. Pokój był zawsze pełen klientek - nikt się nie spodziewał, że w tym pomieszczeniu znajduje się dwoje Żydów. Raz tylko jakiś piesek obszczekiwał gwałtownie nasz schowek, ale nie mógł przebić się przez mur walizek. Późnym wieczorem wychodziliśmy z naszej kryjówki. Chodziliśmy po mieszkaniu na czworakach. Wyprostowanie się było niebezpieczne - mógł nas ktoś zobaczyć przez parterowe okno. Tak monotonnie, ale spokojnie mijały tygodnie. Systematycznie zjawiał się nasz dobry znajomy, dawny sąsiad, u którego mieliśmy część rzeczy na przechowaniu i który opłacał nam pobyt.

       Pewnego popołudnia do mieszkania naszej gospodyni weszło dwóch ukraińskich milicjantów z karabinami. Bez żadnych ceregieli wyciągnęli nas z ukrycia i nie zwracając uwagi na nasze metryki i łzy kazali zbierać się do wyjścia. Po chwili zaczęły się pertraktacje, prośby, w wyniku których przystano na okup. Ponieważ nie mieliśmy przy sobie żadnych pieniędzy, zgodzono się na wypuszczenie matki, ja zaś zostałem jako zastaw. Matka wkrótce zjawiła się - przyniosła, co trzeba. Milicjanci kazali nam opuścić mieszkanie i uciekać, po czym sami zniknęli. Ubłagaliśmy naszą gospodynię, aby zezwoliła nam pozostać na noc. Zdawaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie nam grozi, ale ulica była jeszcze bardziej niebezpieczna. Zostaliśmy. W nocy matka, myszkując w kuchni, znalazła w schowku naszej gospodyni część pieniędzy z naszego okupu. Te same pięćsetki, równo poukładane. Stało się dla nas jasne, że wszystko, co przeżyliśmy, było zaplanowane, uzgodnione, zwyczajny szantaż. Raniutko uciekliśmy z naszego mieszkania. Znowu cmentarz, znowu mój, a raczej nasz schowek - znowu kawałek nieba przebijający się przez niezasuniętą płytę grobowca. Przesiedzieliśmy tak kilka dni. Matka wychodziła, przynosiła jedzenie, szukała kontaktów. Pewnego dnia wróciła z wiadomością, że ktoś tam zgodził się wpuścić mnie do mieszkania, którego właściciele na pewien czas wyjechali zostawiając klucze. Zgodzono się tylko na mnie. Znalazłem się w ogromnym mieszkaniu z obrazami, dywanami, pokrowcami na meblach. Na kartce miałem napisane, czego mi nie wolno czynić. Miałem nie chodzić, nie ruszać się, nie używać gazu, wody, światła, klozetu, łazienki. Spać miałem na podłodze, zbliżanie się do okien, balkonu było podwójnie zakazane. Miałem być nieżywy. I tak ledwo żyłem. Czyniłem to, co mi kazano. Co parę dni rano znajdowałem jedzenie i kartkę od matki. Mijały tygodnie. Wokoło żywej duszy. Gadałem sam do siebie. Marzyłem, aby popatrzeć na ulicę. Czytałem jakieś stare gazety, kalendarze. Przy oknie stała szafa. Stwierdziłem, że gdy na nią wejdę i nakryję się kocem, mogę niezauważony obserwować ulicę. I rzeczywiście. Moje życie stało się interesujące i barwne. Leżałem na tej mojej szafie, słoneczko świeciło, było ciepło. Patrzyłem i marzyłem. Pewnego popołudnia zasnąłem i zleciałem z szafy. Oprzytomniałem po chwili. Wieczorem przyszli moi opiekunowie, w bramie czekała już matka - odebrała mnie i tak zakończył się jeden z etapów mojego ukrywania się. Przez kilka dni mieszkaliśmy w prywatnych pokojach wynajmowanych przez kolejarzy. Przychodziliśmy wieczorem, pokoje były pełne chrapiących handlarzy - ja w wełnianej chuście na głowie, matka też; natychmiast na wyro - do kąta. Skoro świt opuszczaliśmy schronisko i na cmentarz. Dwa razy natknęliśmy się na szmalcowników. Jakoś się udało, tym bardziej, że i oni nie byli pewni, czy trafili na właściwy obiekt. Mój absolutnie żydowski wygląd neutralizowała matka swoją aryjskością.

       Zdecydowaliśmy się wrócić do mieszkania na ulicy Na Bajkach. Na sąsiedniej ulicy znaleziono ukrywających się Żydów. Wszystkich wraz z gospodarzami zabrano. Gospodyni nasza była blada, przestraszona. Chcieliśmy odejść od niej. Powiedziała, abyśmy zostali. Wybaczyliśmy jej wtedy całą historię z ukraińską milicją i współudział w szantażu.

       Zbliżał się front. Na Wołyniu i Podolu zaczęły się polsko-ukraińskie pogromy. Do Lwowa i okolic zjeżdżały dziesiątki uciekinierów z pacyfikowanych przez ukraińskich nacjonalistów polskich wiosek. Był marzec 1944 r. Pewnego dnia do naszej gospodyni zapukała jakaś daleka rodzina jej męża. Po chwili było nas już siedem osób, wraz z gospodarzami dziewięć. Zaczęli schodzić się sąsiedzi, by oglądać uciekinierów, pogadać. Nie mogliśmy się jakoś dłużej ukrywać. Matka w chuście brała udział w rozmowach, wspominkach - ze mnie zrobiono chorego. Leżałem w łóżku, zawinięty po oczy, obok mnie troje zasmarkanych, zabiedzonych chłopaków. Nikt od nas nic nie chciał. Co chwilę ktoś głaskał mnie przez chustę, która zakrywała mnie całego. W chaosie, który zapanował, nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Po kilkunastu dniach wszystko się uspokoiło. Ludzie rozjechali się. My oficjalnie też, a faktycznie wróciliśmy na nasze miejsce pod łóżkiem.

       Zbliżał się front. Zaczęły się bombardowania miasta. Po kolejnym nalocie i bombie, która spadła niedaleko naszego domu, postanowiliśmy przenieść się gdzie indziej. Wyboru dużego nie mieliśmy - udaliśmy się do kościoła Karmelitów. Nasza "babcia" przyjęła nas. W piwnicznych lochach kościoła koczowały setki ludzi. Nie było światła - dla nas znaleziono niewidoczny kąt. Ponieważ było mroczno i chłodno, nikt nie zwracał uwagi na ludzi zawiniętych dla niepoznaki w różne koce i chusty. Tak doczekaliśmy 27 lipca 1944 r. Tak zakończyła się nasza okupacja.

       Ojciec mój uratował się, pracując cały czas jako stolarz na "aryjskich papierach" w Jaworowie. Natomiast z całej pozostałej mojej rodziny, zarówno ze strony Ojca jak i Matki, liczącej trzydzieści pięć osób, po zakończeniu wojny, nie odnalazł się nikt.

       Na początku 1945 r. zostaliśmy repatriowani do Polski, do Krakowa. Kontynuowałem naukę w szkole. Szło mi dobrze. Było świeżo po okupacji i nie zawsze można było znaleźć akceptację otoczenia. Dla moich szkolnych kolegów byłem ciągle "Żydkiem". Nie potrafiłem ładnie się gimnastykować, nie umiałem złapać piłki. Moje mięśnie były wiotkie i jeszcze ciągle przestraszone. Zacząłem samotnie ćwiczyć wieczorami. Czyniłem to w pocie czoła, z ogromnym samozaparciem. Moje niepozorne ciało zaczynało pęcznieć i nabierać kształtów. Wreszcie udało mi się wtopić w klimat klasy. Stałem się jednym z "nich".

<< powrót


wersja do druku

Nasz rachunek: Bank PEKAO S.A., IV O. W-wa, nr: 08 1240 1053 1111 0000 0441 1204
Nasz KRS: 0000097668

wersja polska english version