Strona gwna
Krtka historia
O stowarzyszeniu
Nasze spotkania
Zjazdy i konferencje
Wzilimy udzia
Sprawiedliwi Wrd Narodw wiata
Program Edukacyjny
Nasi dobrodzieje i sponsorzy
Psychoterapia
Sowo pisane: my i o nas
Aktualnoci


Banner Wystawy Moi Żydowscy Rodzice Moi Polscy Rodzice


Wyszukiwarka
Do poniższego okna proszę wpisać poszukiwane słowo, po czym nacisnąć przycisk szukaj:



Krystyna Budnicka

Krystyna Budnicka
(Urodzona w 1932 r.)


       Urodziłam się w Warszawie jako Hena Kuczer, córka Józefa-Lejzora i Cyrli, ósme, najmłodsze dziecko w rodzinie. Sześcioro z mojego rodzeństwa wkroczyło już w wiek dojrzały (czterech braci było żonatych - jeden miał dwoje dzieci). Dziećmy byliśmy my - to jest mój brat o półtora roku starszy ode mnie i ja. Ojciec mój prowadził mały warsztat stolarski, który stanowił źródło skromnego utrzymania rodziny. Rodzina była patriarchalna, religijna, zachowująca wszystkie przepisy prawa mojżeszowego. W pamięci mam uroczyste wieczerze szabasowe przy wielkim stole, u szczytu którego królował mój ojciec z piękną, długą, srebrzystą brodą. W domu posługiwano się językiem żydowskim - choć wszystkie dzieci mówiły również po polsku. W domu było wiele książek w języku polskim.

       Moje szczęśliwe dzieciństwo skończyło się z wybuchem wojny 1939 r. Miałam już siedem lat. Po utworzeniu getta przez jakiś czas pozostawaliśmy jeszcze we własnym mieszkaniu, gdyż dom nasz (plac Muranowski 10) znalazł się w jego obrębie. Gehenna zaczęła się, gdy getto zacieśniono. Rodzina znalazła mieszkanie przy ulicy Miłej. Tam zaczęło się nasze piekło.

       Pamiętam dość dokładnie wydarzenia tamtych lat, ale nade wszystko wszechogarniający mnie strach, łomotanie serca, zaciśnięte do bólu pięści na sukni mojej mamy, do której tuliłam się rozpaczliwie.

       W czasie łapanek i rewizji siedzieliśmy w skrytce wykonanej w kominie wentylacyjnym. W czasie, gdy Niemcy plądrowali mieszkanie, siedzieliśmy wstrzymując oddech. Tylko noce dawały nieco spokoju.

       W lipcu 1942 r. zostali wywiezieni do Treblinki dwaj moi bracia z żonami i dziećmi. Nie mogli się ukryć, gdyż małe ich dzieci stwarzały zagrożenie dla pozostałej rodziny.

       Od lipca 1942 r. moi bracia (ojciec był słaby, zagubiony), a zwłaszcza najbardziej operatywny i zdolny Rafał (dwadzieścia cztery lata), zaczęli organizować i budować bunkier wykopany poniżej poziomu piwnicy domu przy ulicy Zamenhofa. Bunkier ten miał połączenie z kanałem przy pomocy kilkumetrowego tunelu. Budowa trwała kilka miesięcy. Zgromadzono tam trochę żywności, leków - to, co udało się zdobyć w głodującym getcie. Do bunkra przenieśliśmy się na krótko przed Powstaniem. W bunkrze poza naszą rodziną przebywało jeszcze około dwudziestu osób. Jeśli chodzi o dzieci, byliśmy tylko we dwoje, to jest brat (trzynaście lat) i ja (jedenaście lat).

       Trzej moi bracia byli członkami Żydowskiej Organizacji Bojowej i brali czynny udział w Powstaniu. Całe Powstanie przeżyliśmy w bunkrze. Po wygaśnięciu Powstania moi bracia wrócili do bunkra. Dokoła wszystko płonęło - temperatura w bunkrze była bardzo wysoka, dla ochłody wchodziliśmy do kanału, ale tu znów Niemcy puszczali gaz trujący - kanałami płynęły trupy. Pierwsze dni i tygodnie były straszne. Niemcy szaleli i tropili ukrywających się jeszcze w ruinach Żydów. Wiele razy uciekaliśmy do kanału, przeciskając się przez wąski tunel. (Jeszcze wiele lat po wojnie w koszmarnych snach przeżywałam te ucieczki). W tym czasie w bunkrze nie było ani światła ani wody.

       Wiele osób w naszym bunkrze nie wytrzymało i wyszło kanałami wprost pod kule czekających przy włazie Niemców. Wreszcie Niemcy przekonani, że zabili już ostatniego w getcie Żyda, uspokoili się trochę, przestali tak węszyć i tropić. Urządziliśmy się trochę w bunkrze - mury nieco ostygły, zorganizowaliśmy wodę, a nawet prąd, i pod osłoną nocy toczyło się nasze krecie życie, które w ciągu dnia zamierało.

       Tak przeżyliśmy kilka miesięcy - skończyły się nawet głodowe racje żywnościowe. Koniecznym stało się nawiązanie łączności ze światem zewnętrznym. Którejś nocy dwie młode dziewczyny wyszły kanałem na "stronę aryjską". Miały skontaktować się z jakąś organizacją. Udało się. Po kilku dniach właz stał się punktem kontaktowym - otrzymywaliśmy wiadomości ze świata i trochę żywności. Były plany stopniowego opuszczania bunkra (nie wiem, jaka organizacja nam pomogła, ale była to pomoc zorganizowana).

       Najpierw, niestety, opuścił bunkier mój brat Rafał z powodu ciężkiej choroby (tyfus czy czerwonka). Zostaliśmy bez jego przywództwa i nastąpił krach - bunkier został odkryty. Nie wiem, czy przez Niemców czy też szabrujących Polaków. Zginęło wtedy dwóch moich braci Izaak i Chaim, a my (rodzice bardzo słabi, schorowani, siostra, bratowa, najmłodszy mój brat i ja) zdążyliśmy w panicznym popłochu schronić się w kanale. W kanale "dowództwo" objął mój trzynastoletni brat, który trochę znał kanały - chodził tam często ze starszym bratem.

       Dwie doby siedzieliśmy na deskach w kanale, nim nawiązaliśmy kontakt z "górą" i zawiadomiliśmy o naszym położeniu. W nocy przyszli po nas ludzie, ale okazało się, że "nasz" właz jest zalutowany. Trzeba było przejść do drugiego włazu - kanałem o wartkim prądzie wody. Prąd ten porywał - trudno było utrzymać się na tak bardzo słabych nogach. Próbowaliśmy się zapierać łokciami o oślizgłe ściany kanału, a wszystko to po ciemku - przy blasku jednej latarki zawieszonej na piersiach naszego przewodnika, małego trzynastoletniego Idełe.

       Rodzice moi nie mieli na to sił - zatrzymali się pod zalutowanym włazem, a z nimi moja dwudziesto trzy letnia siostra Pola, która nie chciała zostawić ich samych. Mama powiedziała wtedy: "Wy idźcie! Tam jest Rafał, na pewno zorganizuje pomoc". Pomocy nie udało się zorganizować - zostali w kanale na zawsze.

       A ja wyszłam po dziewięciu miesiącach pobytu w bunkrze. Był to wrzesień 1943 r. Była nas jeszcze czwórka: brat Rafał, bratowa Anka (żona Izaaka K.uczera, zamordowanego w bunkrze), najmłodszy brat - trzynastoletni Idł i ja. Cała czwórka to żywe trupy. Wyniesiono nas - nikt nie był w sianie stanąć na nogach. Zapakowani w worki zostaliśmy przewiezieni jak towar do miejsca naszego ukrycia. Zamieszkaliśmy w piwnicy spalonego domu. Zaczęto nas odżywiać, niestety w krótkim czasie (dni? tygodni?) zmarł mój braciszek. Udało się nawet sprowadzić lekarza, ale pomoc nadeszła za późno. Był zbyt słaby, a miał ogólne zakażenie, którego nabawił się w kanale. Zostało nas troje. Rafał zaangażował się w pracę konspiracyjną. Mając doświadczenie, rozpoczął budowę tunelu do kanału dla potrzeb przyszłego powstania. Przełożonym mojego brata był "Antek" - Icchak Cukierman. Widziałam go, gdy przyszedł do nas i przyniósł nam broń. W czasie wykonywania tych prac brat został wydany Niemcom przez człowieka, do którego miał zaufanie, a który okazał się współpracownikiem Niemców.

       Rafał zginął w styczniu 1944 r. w katowni na Alei Szucha nie zdradzając miejsca pobytu mojego i bratowej. Zostałyśmy już same - bratowa i ja. Wciąż zmieniałyśmy lokum, bo każde z czasem stawało się niebezpieczne. Zjawiała się kobieta, za każdym razem inna i  przeprowadzała nas, każdą z osobna - bratową ubraną w ciężką żałobę i mnie z głową obandażowaną szczelnie, bo wszystko zdradzało moje pochodzenie, a najbardziej moje wielkie, przerażone oczy. Tylko raz wyprowadzono mnie na ulicę ze "spalonej kryjówki", ale grupka bawiących się dzieci zaczęła wołać: "o, patrzcie, Żydówa". Prędko wróciłam z opiekunką i tę noc spędziłam sama na węglu w piwnicy. Nie wiem, kim byli moi liczni opiekunowie, jak się nazywali i jaką organizację reprezentowali. Co miesiąc otrzymywałyśmy pieniądze na utrzymanie. Nie wiem, z jakiego źródła pochodziły. Ostatni raz przywiozła je łączniczka Zosia 1 sierpnia 1944 r. w godzinach rannych. Po południu wybuchło Powstanie. Schodziłyśmy wtedy ze wszystkimi do schronu i razem ze wszystkimi byłyśmy ewakuowane z Warszawy do obozu w Pruszkowie. W drodze tej spotkałyśmy ewakuowany również Dom Dziecka. Bratowa uznała, że najbezpieczniejszy będzie dla mnie pobyt w grupie innych dzieci. Opiekun nasz poprosił siostry o przyjęcie mnie. Przyjęły mnie, choć nawet przez moment nie miały wątpliwości co do mojego pochodzenia, zwłaszcza, że nie mogłam okazać żadnych dokumentów. Bratowa moja (z którą rozstałam się w Pruszkowie) została wywieziona do Niemiec na roboty przymusowe. Wojnę przeżyła.

       A ja w zakładzie dla sierot, wśród innych dzieci (kilkoro z nich było Żydówkami), dzięki ochraniającej mnie opiece sióstr zakonnych doczekałam zakończenia okupacji. Byłam teraz bardzo dorosłym trzynastoletnim człowiekiem.



<< powrót


wersja do druku

Nasz rachunek: Bank PEKAO S.A., IV O. W-wa, nr: 08 1240 1053 1111 0000 0441 1204
Nasz KRS: 0000097668

wersja polska english version